Front_Bóg nosi dres_RGB_72dpi

„Bóg nosi dres”

Dres też człowiek. Ma potrzeby, przyjaciół, przeszłość i – przede wszystkim – problemy. Głównie cudze. Pozostaje sobą, nawet w butach do garnituru.

Przystaję na chodniku i wyciągam szluga. Poprawiam na piersi srebrny łańcuch, wyjmując go spod koszulki, żeby był lepiej widoczny. Poprawiam dres w kroku, bo uwiera mnie w jaja. Napinam się, kark prostuję, podpalam papierosa i idę przed siebie. Wokół mnie stoją bloki. Są wielkie i brzydkie. Szare, pomalowane nieudolnym graffiti i szczeniackimi podpisami. Czuję się, jakbym trafił do filmu „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”. Ktoś mnie pieprznął laserem i stałem się maciupkim człowieczkiem, który teraz lawiruje między klockami lego. Bo to właśnie takie przeogromne kloce rozciągają się przede mną. Patrzę na jedną wyblakłą ścianę, z której odpada tynk. „Jebać Arkę, jebać!” – głosi dumny, niebieski napis. Obok niego, mniejszymi literkami dopisane: „Darek to chuj, ma jaja jak zbój!” i jeszcze wyznanie miłości: „Love krowe, kocham byka, ale wyjdę za indyka”. Tandeta goni tandetę. Rozglądam się, lecz nikogo nie widzę. Chłopaki pewnie w kanciapie.
– fragment tekstu

Zapraszamy na przesyconą smakiem piwa i zapachem papierosów podróż w głąb studenckiego Gdańska… i nie tylko. Mocny język, nieszablonowa narracja splatająca w jedno teraźniejszość i problemy przeszłości, przewijające się w tle ikony polskiej kultury oraz popkultury gwarantują świetną, choć może nieco kontrowersyjną rozrywkę.

Fragment książki:

Zderzak

Jestem bezdomny. Czasami, idąc zatłoczonymi ulicami, mam ochotę usiąść pod kościołem i wyciągnąć do przechodniów rękę. Innym razem pragnę zawinąć się w karton i zasnąć na dworcowej ławce. Poczuć drewniane deski wbijające się w plecy i zimno przeszywające ciało. Chciałbym śmierdzieć. Zarosnąć tak, że spod gęstej brody i długich włosów wystawałyby mi tylko przepite oczy i perkaty, czerwony nos. Ucieszyłbym się, widząc długie paznokcie, spod których brud sypie się przy każdym gwałtownym ruchu. Takie dłonie są potrzebne do wygrzebywania z ziemi zmaltretowanych niedopałków. A wszy…
Jezu, jak ja chciałbym mieć wszy. Niestety, w zamian za to mam mieszkanie. Piękne, urządzone na bogato, w nowoczesnym stylu. Mam też psa, rasowego kundla. Myję się każdego dnia, chodzę w czystych, wyprasowanych ubraniach, kocham się cztery razy w tygodniu i codziennie mam się do kogo przytulić. Moja dziewczyna jest wspaniała.
Jest jak lalka Barbie, która potrafi gotować, mówić i ruszać tyłkiem.
Oddałbym wszystko za dom.
–    Dom to nie miejsce, lecz stan… – słyszę Nosowską śpiewającą z trzeszczących głośników golfa.
Wyłączam radio i ten ruch mnie gubi. W ostatniej chwili kątem oka widzę, że coś stoi na drodze. Wduszam gwałtownie hamulec. Szyby dudnią, opony piszczą i rozlega się huk jak przy wystrzale.
Gaszę silnik, rzucam okiem we wsteczne lusterko – pusto.
Znowu kogoś, kurwa, przejechałem.
Wszystko przez to, że za dużo myślę o głupotach i rozczulam się nad sobą. Powinienem z tym skończyć.
Spoglądam przed siebie, próbując dojrzeć, co leży przed maską. Niestety, z tej perspektywy niczego nie widzę. Pięknie, myślę, nie ma to jak dobrze zacząć pierwszy dzień powrotu do normalności. Po prostu pięknie.
Odpinam pasy i wychodzę z samochodu. Wita mnie wilgotny podmuch wiatru, który łopocze moim dresem. Biorę haust powietrza, przygotowując się na najgorsze, po czym szybko skaczę przed maskę.
–    Jezu, kurwa, mój samochód! – podnoszę dłonie zaciśnięte w pieści, jakbym chciał komuś wtłuc.
Po chwili dziwię się sam sobie. Przecież to tylko golf – zwykły, ukochany pojazd. Natomiast zwłoki ogromnego psa leżące przede mną powinny robić wrażenie. Asfalt jest śliski od krwi. Robię krok i ledwo utrzymuję równowagę.
Miałem kiedyś podobnego zwierzaka. Piękna, wielka suka z rodziny bernardynowatych, która nosiła mnie i moich braci na grzbiecie w czasach, kiedy sam więcej chodziłem na czworaka niż na dwóch nogach. Bawiliśmy się z nią całymi godzinami, notorycznie ciągnąc za futro, szczypiąc i gryząc. Nigdy nic nam nie zrobiła. Pamiętam, że bardzo ją lubiłem. Zastanawiam się, czy nie kochałem jej bardziej niż własnej mamy.
Tak – wtedy jeszcze „mamy”, lecz z biegiem lat i z kolejnymi wypitymi butelkami spirytusu zamieniała się w „matkę”, „starą”, a wreszcie „Danutę”.
Nie mogę powiedzieć, że w domu się nie przelewało. Taniej wódki zawsze starczało dla wszystkich. Lała się strumieniami. Sąsiedzi nazywali nasz dom wodospadem Niagara, a ja nie wiedziałem dlaczego. Z początku cieszyło mnie to – zostaliśmy w jakiś sposób wyróżnieni, lecz w wieku szkolnym zmieniłem zdanie; zrozumiałem. Posmutniałem, przycichłem, bałem się spojrzeć rówieśnikom
w oczy.
Ojciec mniej pił, więcej bił i nie potrafił okazywać uczuć. Czasami mam wrażenie, że to wszystko przez niego. Wolę myśleć, że zapyziały Mirek spotkał Dankę i żyło się im źle, niż że picie połączyło ich jak obrączki. Nie wyobrażam sobie, że w dzień ślubu rzucili niedbałe: „w trzeźwości i nietrzeźwości”, po czym zadowoleni ze swojego towarzystwa poszli w weselne tango.
Któregoś dnia Sonia, nasz pies, nie wróciła z nocnych harców. Czekałem cały dzień na drewnianym tarasie i ze smutkiem wpatrywałem się w dal. Mijały godziny, a nadzieja malała, znikając w końcu jak słońce za horyzontem. Moi starsi bracia nie przeżywali tego tak mocno. Z początku się denerwowali, ale szybko przywykli do straty.
Ja nie jadłem przez trzy dni. Apetyt wracał powoli, jakby wcale nie chciał. Mieliśmy wiele wspólnego; on nie chciał wrócić, ja żyć, a działo się zupełnie inaczej.
Dni uciekały, ojciec z matką opróżniali butelki, bracia bili się z kolegami, a ja siedziałem w pokoju i malowałem. Na żółtych kartkach pojawiały się koślawe psy. Małe, duże, w łatki i jednolite. Jeden rysunek przypadł mi najbardziej do gustu; przedstawiał brązowego bernardyna z kilkunastoma małymi szczeniakami.
Tworzyłem dziennie kilka prac i obklejałem nimi ściany. Początkowo wszystkim się podobało, nawet ojciec pochylał się nad moją głową i wyraźnie czułem alkoholowy wyziew, kiedy mówił:
–    Ładne. Nie martw się. Znajdę ci nowego.
Wszystko było w porządku, dopóki w euforii przygnębienia nie oblepiłem całego pokoju. Przeniosłem się wtedy na korytarz, do kuchni i łazienki. Wszędzie były koślawe czworonogi i podobno tego było już za wiele.
–    Kurwa mać! Ile tego gówna żeś nabazgrolił? – krzyczała matka, zrywając rysunki z lodówki.
Odbijała się później od ściany do ściany i niezgrabnymi ruchami próbowała zdzierać kartki. Marnie jej to szło.
Jak całe życie.
Jedyne, do czego przykładali się rodzice, nie licząc picia, to religia. Ciągali nas i siebie nawzajem do kościoła, pilnowali, byśmy chodzili na katechezę i przyjmowali komunię. Chyba bali się księdza. Nieraz słyszałem, jak siwy kaznodzieja podczas kolędy krzyczy na nich, mówiąc coś o braku wychowania, o złych warunkach życia i o nas. Wtedy chciałem, aby dał im spokój, bo zawsze, gdy wychodził, pili dwa razy więcej i czasami nie wstawali z łóżka przez kilka dni. Sikali pod siebie, rzygali po kątach i ślinili całą podłogę. Wrzeszczeli i próbowali bić nas za byle głupstwa, lecz byli zbyt pijani, żeby w ogóle nas gonić. Baliśmy się, że za ucieczkę dostaniemy mocniej, lecz kolejnego dnia już o niczym nie pamiętali.
Zacząłem modlić się o Sonię. Chciałem tego cholernego psa z całych dziecięcych sił. Nie była to fanaberia malucha ciągnącego matkę za rękę. Uwiesiłem się na ramieniu Boga i obiecałem sobie, że nie puszczę, choćby się wyrywał.
Nawet nie drgnął. Wisiałem tak przez miesiąc, aż wreszcie przyszedł.
Jezu, myślę, muszę coś z tym zrobić. Spoglądam na rozjechane zwierzę i nadal nie wiem, co bardziej mnie przeraża – rozbebeszony pies czy zmiażdżony zderzak. Słyszę zbliżające się samochody. Niedługo tu będą, a ja, zwłoki i golf tarasujemy ulicę. Jeszcze pomyślą, że strajk robię.
Głupia myśl. Jaki, kurwa, strajk? „Zabijcie wszystkie psy, bo przynoszą pchły”? Zwierzęta są po to, żeby je jeść!
Schylam się, kości mi trzeszczą i coś łupnęło w stawie. Jestem młody i stary jednocześnie. Wszystko przez siedzący tryb życia. Łapię za to, co zostało z psa, i ciągnę na pobocze. Zostawiam krwawy ślad na asfalcie, jakbym przejechał po nim wielkim pędzlem. Włochatym, skundlonym pędzlem. To wszystko przez niego. Dobrze mu tak.
Siedziałem w pokoju i odrabiałem lekcje. Lekko znudzony, jak to dzieciak, patrzyłem za okno. Takich dni się nie zapomina. Pamiętam, że głośno ćwierkały ptaki, niebo było prawie bezchmurne, a stara Kowalczykowa rozwieszała białe pranie na podwórku. Kusiło mnie, żeby wyjść z domu i pobawić się z kolegami, lecz już wtedy matematyka była dla mnie priorytetem. Zostałem więc i szlifowałem tabliczkę mnożenia. Gdy tylko oderwałem wzrok od wolności po drugiej stronie szyby, usłyszałem szczeknięcie. Właściwie szczeko-ryk, który podniósł mnie do pionu i oblał ciało potem; nawet oczy zaczęły się pocić. Znowu wyjrzałem przez okno i zobaczyłem siwobrodego starca o dumnej posturze, w białym fraku, który na smyczy trzymał Sonię. Pies merdał wesoło ogonem na widok domu. Był nieco grubszy, a jego sierść lśniła jak nigdy. Chyba ktoś go wykąpał.
Podekscytowany zbiegłem na dół przywitać Boga.
–    To twój pies? – zapytał, gdy stanąłem przed Nim zapłakany.
Pokiwałem głową.
–    Proszę – podał mi smycz.
Wyciągnąłem powoli rękę i zacisnąłem na skórzanym pasie zdrętwiałe z przejęcia palce.
–    Pilnuj ich – rzucił i odszedł wolnym krokiem w stronę wsi.
Nie odezwałem się ani słowem. Stałem i odprowadzałem Boga wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem. Dopiero wtedy rzuciłem się na psinę i przywarłem do niej mocno.
Wróciłem do domu z uśmiechem na ustach. Teraz uważam, że tylko dzieci potrafią się prawdziwie cieszyć. Chyba już nigdy nic innego w moim życiu nie rozweseliło mnie tak bardzo. Pamiętam, że chciałem pokazać psa rodzicom, ale stwierdziłem, że przecież i tak nie pamiętają o jego zniknięciu. Budzili się każdego dnia, machinalnie wrzucali resztki jedzenia do miski, gwizdali na niego, po czym sięgali po wyborową. Nawet kiedy rankiem pytali: „gdzie jezd Shoonia?”, a ja im odpowiadałem, że psa nie ma od tygodni, to i tak budzili się z tabula rasa zamiast mózgu.
Nic nie pamiętali.
–    Z… z…, z kim rozmawiałeś? – wyjąkała matka, kiedy przekroczyłem próg domu.
Stała oparta o ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi. Kołysała się lekko na boki.
–    Z Bogiem – wykrztusiłem i chciałem pobiec do swojego pokoju.
Niestety, w przejściu stanął ojciec i wraz ze swoim czerwonym nosem zagrodził mi drogę.
–    Gdzieś był z tym kundlem? – zapytał, a ja się zdziwiłem, dlaczego tak wyraźnie to zabrzmiało.
–    Nigdzie, ja…
–    Kurwa, przecież ona będzie się szczenić! – przerwał mi ojciec, waląc pięścią w ścianę.
Uśmiechnąłem się, bo lubiłem psy. Szczególnie te małe, ślepe i piszczące, wiecznie poszukujące cycka do ssania. Do dzisiaj trochę im zazdrościłem, ponieważ ja w ich wieku zamiast mleka z matczynej piersi ciągnąłem drinka. Nagle mina mi zrzedła. Spojrzałem na ojca, który łypał na Sonię, i zobaczyłem w jego oczach coś niedobrego. Przyciągnąłem zwierzę do siebie i zacisnąłem piąstki.
–    Na górę – rozkazał krótko i uderzył mnie otwartą dłonią w potylicę.
Wbiegłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Dyszałem ciężko, a zadowolony pies merdał wesoło ogonem. Nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Bałem się i nie wiedziałem, jak przekonać Sonię, żeby też się bała. Przecież powinna się bać, jeśli chce być na wszystko przygotowana. Próbowałem coś mówić, trochę straszyć i płakać, ale nie dała się przekonać. Natomiast ja wreszcie uległem jej dobremu humorowi i zacząłem się bawić, biegając za nią po całym pokoju. Nie mogłem się doczekać, aż powiem braciom, że wróciła. Niestety, musiałem wytrzymać z tą dobrą nowiną do następnego dnia, gdyż rodzeństwo poszło spać do znajomych mieszkających po drugiej stronie wioski. Nie mogłem aż tak daleko sam się zapuszczać.
Spędziłem z Sonią cały dzień. Na początku w domu, później wymknęliśmy się po cichu na dwór i tam skakaliśmy po zarośniętym ogrodzie. Zwierzę, z wiadomych względów, ruszało się trochę opornie. W końcu zmęczeni legliśmy na tarasie. Przykryliśmy się kocem, który robił za kojec dla psa, i zasnęliśmy. Przynajmniej ja, za Sonię nie mogę ręczyć.
Obudził mnie przeraźliwy skowyt. Dzień chylił się ku końcowi. Nadal leżałem na niewygodnych deskach, a komary stwierdziły, że zrobią sobie ze mnie ucztę. Wstałem i machnąłem rękami, odpędzając krwiopijców. Owady latały wokół mojej głowy, zataczając się w powietrzu, i mogłem przysiąc, że wcześniej nażarły się krwi starych, a teraz odtańcowują pijackie tango. Kolejny pisk podziałał na mnie otrzeźwiająco.
Rozejrzałem się dookoła i nie znalazłem Soni. Wystraszony wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu psa. Wtedy usłyszałem rozpaczliwy jazgot. Później nastała cisza. Płakałem, wołałem i gwizdałem na zmianę. Miotałem się jak opętany od ulicy do domu, tam i z powrotem. Pomyślałem, że może jest za domem i pognałem tam.
Była. Leżała na środku trawnika niedaleko drewutni. Merdała ogonem, trochę słabo, jakby jej sił zabrakło. Zbliżałem się powoli, nie potrafiąc złapać tchu. Zapadający zmierzch rzucał cienie i przez chwilę niczego nie mogłem dostrzec, w dodatku trawnik otuliła delikatna mgła, typowa dla tej pory roku. W końcu zobaczyłem krew. Wszystko wokół było czerwone i lepkie. Ciche i nieruchome. Kłęby sierści podrygiwały lekko na wietrze, a merdający ogon okazał się tylko zwykłym źdźbłem trawy. Strzępy futra rozrzucone zostały w promieniu dwóch metrów od ciała – bordowej mazi, w której jedyne, co mogłem rozpoznać, to uszy.
Czasami nadal mam to uczucie. Bezradność pomieszana z żalem i wściekłością. No ale co można zrobić, jak Bóg da ci szansę, a ty ją spierdolisz? Są dwa wyjścia: albo będziesz pluć sobie w brodę, albo podniesiesz czoło i wyjdziesz naprzeciw kolejnej srace, jaką gotuje ci życie. Wtedy podniosłem głowę, chociaż ledwo wiedziałem, że ją mam. Z biegiem lat okazało się, iż człowiek jest silniejszy, będąc dzieckiem, niż gdy staje się dorosły.
Rozejrzałem się i zobaczyłem śpiącego na ganku ojca, wokół którego było pełno krwi, a ślady wgniecionej trawy prowadziły od psa do niego. Nie wiem, jak mogłem go nie usłyszeć, ponieważ chrapał tak, jakby miał za chwilę umrzeć. Zbliżyłem się i spostrzegłem, że trzyma na kolanach zakrwawioną siekierę. Zastanawiałem się, co Sonia mu zrobiła i dlaczego tak ją ukarał. Przecież my zawsze byliśmy gorsi od tego psa, a nam jeszcze nigdy nie wymierzył takiej srogiej kary. Bardzo chciałem, żeby ta głupia przegroda nosowa w końcu pękła i żeby się udusił, żeby więcej nie chrapał.
Otarłem rękawem mokre oczy i wróciłem do leżących na środku trawnika zwłok. Ojciec budził się, mówił coś i zasypiał, ale ja go nie słuchałem: po prostu kopałem grób. W końcu – brudny i zmęczony – pochowałem psa pod lipą.
Dobra, chyba już nikt nie jedzie. Nareszcie mogę wyjść z tego rowu, spokojnie wsiąść do samochodu i odjechać. Przecież nikt nie musi wiedzieć, co się stało. No bo co się stało? Odlać się byłem i tyle.
Nienawidzę psów.
Wstaję więc z kolan i idę pod górkę, na tyle wysoką, żebym się zasapał. Kiedy jestem już w golfie i przekręcam kluczyk, myślę, że bardzo dobrze, iż miałem zapięte pasy.
Ja miałem, pies nie.
Jadę spokojnie na uczelnię, a z głośników dochodzą zachrypnięte głosy wykonawców Nagłego Ataku Spawacza:
–    Słońce, plaża, kolorowe drinki!…

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

34 thoughts on “„Bóg nosi dres”

  1. świetnie się zapowiada , gdybym miał pieniądze aby ją kupić napewno bym to zrobił , ale kto wie , może w najbliższych księgarniach będzie taniej…

  2. W porównaniu do innych książek cena 29,90zł jest mała. Ale oczywiście można znaleźć w internecie tańsze wersje, wystarczy poszukać :). 30zł to zaledwie dwie imprezy z życia studenta, a może nawet półtora ;]
    Zamiast dwóch imprez – dwa miłe wieczory z książką.
    Polecam! 😉

  3. No, w sumie racja. Chociaż nie jestem pewna, bo nie jestem studentem ;d
    Wiadomo, wieczór z książką jest o wiele lepszy.

  4. Książka jest poprostu świetna, że tak to nazwę „połknęłam ją w całości” a powinnam się nią delektować ale się nie da bo w ciąga w mgnieniu oka!! Jak by to osioł ze Shreka rzekł JA CHCE JESZCZE RAZ!! Nie żałuję ani złotówki wydanej na tą książkę, jest poprostu świetna. Jak byłam już na ostatniej stronie, czytając ostatnie zdanie nie byłam w stanie zamknąć książki bo nie wierzyłam że już się skończyła i koniec mnie naprawdę zadziwił i chciałabym żeby opowiedziano mi coś jeszcze, jeszcze więcej tej historii. Czytając książkę czułam się jak bym była jej jednym z głównych bohaterów.

  5. Cześć!
    Ciesze się, że książka przypadła do gustu. To najfajniejsza rzecz, jaka może spotkać pisarza. Będą kolejne powieści, mam nadzieję, że nie zawiodę.
    Pozdrawiam!

  6. Własnie kończę czytanie książki. Jest świetna! Naprawdę genialna robota :) Czekam na następną.

  7. Przeczytałem. Baaardzo dobrze się czytało. Chwilami zbyt wulgarna (kromka chleba), ale może ja już za stary jestem :)(Ciekawe co powiedzą moi rodzice bo właśnie dałem Im do przeczytania). Fajne przeskoki z teraźniejszości w przeszłość. Ciekawe epizody (ten o księdzu to temat na osobną książkę), brak długich, nudnych opisów. Tylko jedno małe ale… ale dlaczego tak szybko się kończy??

  8. mo.nika, Anna i Przemek, dzięki Wam za przeczytanie książki! Mam nadzieję, że kolejne też się spodobają.
    Przemek, akurat „kromka chleba” to autentyk, nie z mojego doświadczenia, ale jednak :). Nie ma to jak dziecinne zabawy… I prawda, każdy mi mówi, że się za szybko kończy. Pozdro!

  9. Gratuluję książki. Właśnie przeczytałem ostatnie zdanie. Świetna stylistyka, chociaż momentami, aż razi obrazowością i przesytem agresji. Ale taka jest rzeczywistość. Czyta się niezwykle lekko i szybko, chociaż są momenty, gdzie trzeba się cofnąć, wrócić kilka, a może nawet kilkanaście stron i znów czytać. Czytać, aby nie przegapić przekazu, aby nic z życia „dresa” nie umknęło, a zwłaszcza z jego filozoficznych przemyśleń. Zakończenie z jednej strony zaskakująco dramatyczne, z drugiej spajające całą dramatyczną historię. Happy End byłby wyjątkowo nie na miejscu i przywodziłby na myśl opowiadanie w stylu amerykańskiego bohatera, który ratuje świat przez cały czas swoim kosztem, a na końcu i tak wszystko układa się jak w romansie. Dziękuje za to zakończenie. Pozdrawiam, i czekam na kolejne tytuły

  10. Cześć Wojtek! Dzięki wielkie. Zgadzam się z Twoją interpretacją zakończenia – inne nie miałoby sensu :)
    Mam nadzieję, że następne również przypadną do gustu.
    Pozdro!

  11. Hej, właśnie czytam „Bóg nosi dres”… książka moim zdaniem genialna! Jestem dopiero w połowie, ale już mi się strasznie podoba. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze co najmniej kilka Twoich książek w choć trochę podobnym klimacie.
    Dobra robota!
    Pozdrawiam serdecznie :)

  12. Hej!
    Będzie jeszcze kilka 😉 Taką mam nadzieję.
    Dzięki i miłego czytania do końca ;]

    Pozdro!

  13. Na obiad były kanapki…o dziwo wszyscy żyją:)Ale jak się dresem dostanie po głowie to tak chyba jest, że czas inaczej płynie. Świetna książka. Dobrze że dałeś się w tej księgarni z półki zdjąć 😀
    Zaczynam czytać Sendera!
    Pozdrawiam z kuchni.

  14. Właśnie skończyłam czytać. Zakończenie- było mi smutno, ale inne by po prostu nie pasowało. Dzięki za książkę, były to dobrze spożytkowane godziny. Czekam na kolejną i powodzenia.

    trzymamy kciuki
    Ania, Kasia, Agnieszka, Monika

  15. Ciesze się :) Dzięki wielkie! Właśnie siedzę nad kolejną powieścią. Trzymajcie się Studentki z Gdańska! :)

  16. Witam, właśnie skończyłem czytać Twoją książkę. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie duże wrażenie, szczególnie te zgrabne połączenia przeszłości z teraźniejszością. Z drugiej strony czytając zapowiedź na książce spodziewałem się troszeczkę więcej opisu studenckiego życia (szczególnie że jestem świeżo upieczonym magistrem naszego wydziału) od tej pozytywnej strony, bo Twoja wizja jest trochę przerażająca i momentami zbyt wulgarna, ale wciągająca :) Najbardziej jednak ujął mnie główny bohater, z którym podczas czytania bardzo się zżyłem i czułem się jak jego najlepszy przyjaciel. Często mnie śmieszył, ale i czasami denerwował, szczególnie jak po raz n-ty „coś mu nie pasowało”. Za to i za całą książkę serdeczne dzięki i czekam z niecierpliwością na następne, pozdrawiam :)

  17. Lubię polski filmy, staram się czytać polkich autorów. Przeglądam półki w księgarniach i wybieram. Tak trafiłam na „Bóg nosi dres”. Zainteresował mnie opis na skrzydełku. To był strzał w dzisiątkę. W przeciwieństwie do autorów poprzednich wpisów jestem matką studentów, więc starszym odbiorcą nie mnie też jestm pod wrażeniem, gratuluję. Pisz dalej na pewno zyskasz grono stałych czytelników – na mnie możesz liczyć.
    Pozdrawiam

  18. Przepraszam za literówki w poprzednim wpisie, to niestety silniejsze ode mnie. Po napisaniu tekstu czytam go i nic nie widzę, a potem jest już za późno:(

  19. Gdy moja 16 letnia córka czytała tę książkę i się śmiała pod nosem byłam zdziwiona, teraz ja ją czytam i się nie dziwię 😀

  20. A ja nie wiem czy to książka dla 16latków 😛 Mam nadzieję, że nie zgorszy zbytnio. Pozdrawiam! :)

  21. Panie Piotrze…
    Jestem nauczycielką, uczę chemii w gimnazjum i … wpadła mi w ręce wspaniała literatura: ” Bóg nosi dres”. Przeczytałam nocą, nie mogłam się oderwać. Ma Pan talent – podziwiam i gratuluję. To wybuchałam śmiechem, to znów nie mogłam powstrzymać łez. Książka jest prawdziwa i cudowna.
    Kupuję tylko te książki, do których wracam wielokrotnie – tę już mam…
    Nie jestem młodą ” belferką”,ale zawsze miałam i mam nadal bardzo dobry kontakt z młodzieżą. Dlatego mam nadzieję, że przyjmie Pan mój komentarz ze zrozumieniem. Serdecznie pozdrawiam i niech, na Boga, nie przestaje Pan pisać

  22. Książka rewelacja…. Nie można się oderwać, wciąga, zachwyca, dziwi zarazem bawi… gorąco polecam!!

  23. nie mogę znieść tego, że już ją skończyłam czytać 😉 poważnie rewelacja!

  24. zaczynając od okładki , która powala.. po całą treść, każdy rozdział 😉 gratuluje :)

  25. Dzięki wielkie! 😉

    W marcu nowa, może też się spodoba.

    Pozdrówka!!

  26. czekam z niecierpliwością ! chociaż ciężko będzie ją przebić 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *