1o

Zabójcza wyobraźnia – felieton.

Felieton opublikowany w #1 numerze Dozy.


Jestem fantastą. Nie, nie wydałem żadnej powieści (chociaż to tylko kwestia czasu). Po prostu, idąc do szkoły, myślę, jak skopać dupę obcej cywilizacji, która zapewne nas – Ziemian – napadnie, w jaki sposób pomóc koledze zza lustra przestać się do naszego – ziemskiego – świata i dlaczego moją magię widać tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Spacerując ulicą, gadając przez mikrofon z bazą i odsłuchując rozkazy przez wetknięty w ucho głośnik, pożyczony od Smitha z „Matrixa”, zastanawiam się, dlaczego ludzie na ulicy tak dziwnie na mnie patrzą. W takich momentach zawsze pojawia się przy mnie Fisz, podaje mi mikrofon i razem śpiewamy jego piosenkę, cedząc w przechodniów słowa „Czy to ja nic nie rozumiem, czy oni zwariowali? Czy ja jestem dziecko, a oni tak dojrzali?”.

Przed napisaniem tego felietonu odwiedziłem specjalistę od głowy, który stwierdził, że z moją wszystko jest w porządku. Robiłem również badania na trzeźwość i narkotyki.

Jestem czysty. Podobno. Bo nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale są trzy rodzaje fantastów. Zapewne pierwszy, jaki przychodzi Ci do głowy, to pisarz powieści fantastycznych. Brawo. Punkt dla Ciebie. Ale są też inni; marzyciele, którzy wiecznie bujają w obłokach oraz wizjo-spełniacze – najbardziej niebezpieczni. Pierwsza to Kres, Grzędowicz, czy Lewandowski, druga – ich czytelnicy, gracze RPG i inne osoby błądzące w chmurach dla przyjemności, trzecia – Einstein, Da Vinci, Newton.
Osobiście jestem marzycielem z aspiracją do bycia pisarzem.

Początki fantazjowania opierały się na ciągłych grach i zabawach. W dzieciństwie  każdy jest fantastą. Rozmawiamy z wyimaginowanymi przyjaciółmi, wyobrażamy sobie, że resoraki rozpędzają się do nadświetlnych prędkości, a lalki mówią, jedzą i mają dzieci. Później idziemy do przedszkola, szkoły i rozpoczynamy poważną naukę, gdzie fantazjowanie zostaje zabite.  Nauczyciele nakazują naukę tabliczki mnożenia i odrabianie prac domowych, a w późniejszym życiu towarzyskim i społecznym nie ma miejsca na marzycielstwo. Nikt nie przyznaje się do bujania w obłokach, więc powoli zapominamy. Nawet rodzice i najbliżsi w tym wszystkim pomagają, często nie mając czasu na czytanie bajek, opowiadanie historii, a w dodatku zaszczepiają w maluchach cywilizacyjny wyścig szczurów. Wysyłają dzieci na dodatkowe zajęcia, wymyślają dla (i za) nich zainteresowania, kreują ich przyszłość. „Radek pójdzie do szkoły muzycznej, bo zawsze chciałem grać w sławnym zespole. Ala od małego uczy się czterech języków – w przyszłości będzie miała łatwiej, szybciej znajdzie pracę. Roksance kupiliśmy dodatkowe korepetycje z angielskiego, polskiego, matematyki i geografii – dostaje same czwórki, a przecież ma się dostać na Harvard.” Tutaj nie ma czasu na marzenia. Jest tylko smutna, pędząca rzeczywistość. I tak aż do śmierci. Ja byłem wychowany nienormalnie: w miłości, z bajkami, wspaniałymi filmami, bez ogromu prac domowych (to co, że w szkole szło mi gorzej?) i z masą książek na półkach. Babcia snuła mi do snu niesamowite historie, mama czytała po obiedzie, a ojciec (aż do teraz) opowiada, jak minął mu dzień. Fantastą jestem do dziś.


Pamiętam hardcore na maturze. Egzamin ustny z polskiego, trzy nauczycielki, wyglądające jak zbiór cnót, puste krzesło i ja – odstrojony jak szczur na otwarcie kanału. Na wejściu złapał mnie stres – spojrzałem na puste krzesło na środku klasy. Iście hamletowskie pytanie „usiąść, czy nie usiąść?” odbijało się w mojej czaszce dobrą minutę, zanim się zdecydowałem. W końcu klapnąłem zrezygnowany na drewnianym, niewygodnym ustrojstwie.

I zaczął się kolejny problem. Założyć nogę na nogę, czy nie założyć? Zacznę przypominać geja na randce, czy biznesmena na oficjalnym spotkaniu? Myśli kotłowały się w głowie. Czemu nie miałem lekcji z kreowania własnego wyglądu i etykiety? Po kiego grzyba było mi przedsiębiorstwo z najmniej przedsiębiorczym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem (przed lekcją kupował trzy pączki, zjadał dwa i na koniec lekcji wyrzucał ostatniego – nie miał na więcej ochoty, śpieszył się, a w dodatku pączek zdążył się już, według niego, zestarzeć)? A gdzie zajęcia z zachowania? Lewa na prawą, czy prawa na lewą? Usiadłem, rozkraczając nogi. Od razu pomyślałem o dresach. Wyobraziłem sobie, że jestem dresem i m o g ę. A szanowna komisja ocenia moją wiedzę, a nie wygląd. Stres minął, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Jako przedstawiciel homo fantasticus, wybrałem temat, o którym trzy przedstawicielki homo sapiens nie powinny mieć nawet zielonego pojęcia – „Źródła i funkcje motywów fantastycznych w literaturze”. Sprytnie wyselekcjonowałem opasłe tomiszcza, które nie tworzyły kanonu lektur szkolnych. Na przedzie książkowego maratonu stał „Lód” Jacka Dukaja, którego czytanie (u większości homosapiensów) kończyło się przeważnie na tytule. Powieścią tą łatwiej zabić, niż ją przeczytać.

Zacząłem ładnie. Przedstawiłem się, określiłem temat, „poleciał” wstęp i przeszedłem do meritum. Gadałem jeszcze chwilę, mówiąc o tym, jak w szkołach pobieżnie omawia się powieści fantastyczne, gdy nagle zostałem uciszony. Czterdziestka, wyglądająca jak nienaganna dwudziestka (o dziwo bez zmarszczek i makijażu), mówi, że czytała „Lód” i czy przypadkiem nie sądzę, że…

Ratunku! Krople potu wyskakują mi na czole. Czerwienieję na twarzy, jakby właśnie zachciało mi się zmienić rasę. Od teraz będę Indianinem Uciekająca Myśl, wodzem klanu Wigwam Mamy Tylko W Wyobraźni. Ratunek przychodzi, gdy spoglądam na notatki, trzymane na kolanach. Nie pytajcie, dlaczego obok opisu książki wkleiłem sobie zdjęcie Jacka Dukaja. Najważniejsze, że pomogło. Autor opasłego tomiszcza uśmiechnął się do mnie i podrapał po głowie. „Spoko młody, poradzimy sobie. Przecież nie może wiedzieć więcej niż ja, prawda?”, wyszeptał i rozprostował palce, aż strzeliły kości. Myślę sobie – luz, teraz dam radę. Wycieram chusteczką mokrą głowę, uśmiecham się i jadę z tym koksem. Interpretacja tytułu, bohaterowie, sceny, co autor miał na myśli – wszystko przekazałem bez zająknięcia z krótkimi przerwami (musiałem wysłuchać, co Dukaj miał mi do powiedzenia). Wychodzę z maksem punktów i uśmiechem na twarzy.

No co się tak patrzysz? Mówiłem, że nie jestem chory. Schizofrenik? Przestań. Są między nami znaczące różnice. Fantaści widzą to, co chcą widzieć – chorzy umysłowo to, co muszą. Raz im się coś ubzdura i do końca życia się tego nie pozbędą. Pamiętasz film „Piękny umysł” z Russellem Crowe? Przyjaciela, jego siostrzenicę i swojego pracodawcę główny bohater widział już do końca życia. Nie potrafił ich wyłączyć. A ja? Spójrz: myślę „off” i siedzę sam w pustym, smutnym pokoju, a mój czytelnik (czyli Ty) znika, jakby go nagle UFO porwało. Jako, że nie lubię mówić i pisać do siebie, to włączę Cię.

On”. W dodatku wariaci widzą w kółko to samo, a ja przyjaciół wyimaginowanych mam na pęczki. Tak więc są różnice, ale można znaleźć też kilka podobieństw. Fantastów i schizofreników łączy chora wyobraźnia.

Z reguły nie lubię przeklinać. Owszem, zdarza się. Wulgarnych ludzi i wulgarne teksty omijam jak psią kupę na chodniku. Generalnie wyglądają podobnie. Dosadnych słów używać trzeba z rozwagą. Można na ostro, ale trzeba robić to z dozą wyrafinowania. Znam ludzi, w ustach których przekleństwo brzmi przecudnie. Robi mi się lekko na duszy, gdy ich trochę posłucham. Ot, na przykład taki Zenek Kowalski, wysoce wyedukowany pracownik fizyczny, aktualnie zatrudniony przy budowie domu mojego wuja. Dlaczego o tym piszę?

Kurwa. Bo właśnie na spodnie wylałem kawę. Na szczęście zimna i nie oderwała mnie od pisania – pomysł ważniejszy od mokrych ubrań i zalanej klawiatury. To jest nawet mało ważne – zdejmę spodnie i mogę pisać dalej. Chciałem jednak zauważyć, że łacina podwórkowa jest sporym problemem społecznym. Szczególnie u fantastów.

Któregoś pięknego dnia, tuż przed wizytą kontrolą w szpitalu (robiłem jakieś rutynowe badania), naczytałem się o koprolalii (wymów to szybko pięć razy pod rząd). Jest to patologiczna potrzeba wypowiadania nieprzyzwoitych zdań, wyrazów, obelg i przekleństw skierowanych do obcych. Niestety, nie da się jej opanować. Klniesz jak szewc. Zaburzenie występuje przy takich chorobach, jak schizofrenia (mamy kolejne podobieństwo), psychoza alkoholowa, nerwica natręctw, czy zespół Tourette’a (nie, to nie jest rockowy band). I zaczęło się, gdy pielęgniarka próbująca pobrać mi krew, nie potrafiła się wbić igłą w rękę. Dziurawiła mnie z wymuszonym uśmiechem na ustach. Z początku tylko wypowiadałem jej myśli: „kurwa, kurwa, kurwa…”, aż w końcu nerwy mi puściły i zaczęli przysyłać inne pielęgniarki. Myślisz pewnie, że nawet zdrowa i twardo stąpająca po ziemi osoba  zachowałaby się tak samo. Nie sądzę. Dopiero czwarta z sióstr okazała się odporna na moje wiązanki. Oczywiście zawsze z góry  przepraszałem cały personel i ostrzegałem, mówiąc: „uwaga, będę przeklinał”. Później zresztą cały dzień chodziłem nabzdyczony i rzucałem kurwami wszędzie, gdzie popadło.
No dobra. Może nie było ich cztery, tylko dwie, w tym jedna stażystka, dla której robiłem za manekina do nauki. W każdym razie – przeklinałem. W myślach, bo w myślach, ale przeklinałem. Fantaści często przeklinają w głowie.

Mam też inne „problemy”. Na przykład wysyłam esemesa do znajomego, z pytaniem „czy widzimy się dzisiaj?”. W ciągu pięciu minut, w których czekam na odpowiedź, w głowie układa mi się trzydzieści wersji odpowiedzi. Cała gama, począwszy od „tak, ale”, „nie, ponieważ”, kończąc na „zobaczymy, gdyż” albo braku treści. Puste esemesy też się zdarzają, nie?

W sumie to nie jest najgorsze. Źle, gdy zaczyna gryźć sumienie. Nic mnie tak nie denerwuje, jak złośliwy chochlik w głowie, szepczący „mogłeś to załatwić inaczej”. Ostatnio myślałem, że go zabiję. O mało nie wywlokłem go z głowy za uszy, nie rozciągnąłem na siedzeniu i nie napieprzałem czymkolwiek, co znalazło się akurat pod ręką. Otóż: stoję sobie w zapchanym autobusie, koło mnie ledwo utrzymuje się garbata babcia (dla niej to nie tyle jazda, ile raczej surfing), a banda zapyziałych dzieciaków z podstawówki oblega siedzenia. W końcu nie wytrzymuję widoku babuni walczącej z siłą bezwładności i mówię „puśćcie w tej chwili panią na siedzenie”. W zamian dostaję wiązankę, jakiej w życiu nie słyszałem. Dzieci de facto są fantastami. Przynajmniej jeśli chodzi o język. Żeby tak gnojki rwały się do odpowiedzi przy tablicy, jak do wymyślania zawiłych wulgaryzmów. No i przyznam się: ścięło mnie. Stałem oniemiały, bezgłośnie otwierając usta. Babcia dotknęła mnie w ramię i smutno się uśmiechnęła. Nic już nie powiedziałem. Za to chochlik, który siedział na moim ramieniu, prowadził monolog, pouczając mnie, jak rozmawia się dzisiejszymi gówniarzami.

Fantaści są jednocześnie przewrażliwieni i niewrażliwi. Znam kilka przypadków, które potwierdzają tę tezę. Idę na pierwszy ogień. Wracam z Open’era (taki festiwal), trzecia w nocy; zapchany autobus, jestem śpiący, moja dziewczyna jest śpiąca. Nagle coś zabolało mnie w głowie. Ot, po prostu jakiś nerwoból, który minął szybciej, niż się pojawił. Niestety, wystarczył, aby uruchomić moją wyobraźnię. Zobaczyłem przekrój poprzeczny człowieka i film „Było sobie życie”, który zilustrował wszystko, co zachodzi w mojej łepetynie. Widziałem uśmiechnięte krwinki, które zatrzymują się z niewiadomych przyczyn w żyłce w mózgu. Zdezorientowane zaczynają się szamotać, niektóre próbują się cofnąć, lecz inne – napływające – im na to nie pozwalają. W końcu ściany przewodu nie wytrzymują i pękają. Tętniak rozlewa się powoli pod czaszką. Pamiętam, jak duszno mi się zrobiło. Widziałem mroczki przed oczami i bynajmniej nie byli to bliźniacy z „M jak miłość”; świat zaszedł mgłą. Usiadłem na podłodze, nie zważając na ludzi. Oddychałem głęboko – jeszcze chwila, a zemdlałbym.

Na widok krwi jestem niewrażliwy. Na flaki również. Kiedyś stojąc na przystanku widziałem, jak pijaczek przewraca się i upada tak niefortunnie, że autobus przejeżdża mu po głowie. Czaszka pękła jak balon. Nawet z takim samym odgłosem. Krew, kości i kawałki mózgu można było znaleźć w odległości czterech metrów jeszcze długo po wypadku. Zadzwoniłem po karetkę i wróciłem do domu na obiad. A co miałem robić? Przecież już gorsze rzeczy widziałem oczami wyobraźni.

Ale nie tylko ja tak mam. Znajomi fantaści (pisarze, próbujący pisać, gracze RPG czytelnicy) również tak mają. Nie raz chora wyobraźnia podsuwała im takie obrazy, że dostawali napadów duszności i stanów przedzawałowych, na samą myśl o chirurgu, czy dentyście. Boją się bólu, a podświadomość nadal pamiętała o niedawno obejrzanej „Pile”.

Zauważ, że dzięki zabójczej wyobraźni ktoś tworzy niezapomnianą książkę. Fantastyczną, lecz realną. Pozwalającą oderwać się od prawdziwego życia, którego wszyscy mamy dosyć. Tyle, że czytelnik zawsze będzie poszkodowany. Pisarz-fantasta nie tylko opisze niesamowitą historię – on ją przeżyje w całej okazałości. A Ty (przykro mi) dostaniesz tylko namiastkę opowieści, którą z całych sił będziesz próbował sobie wyobrazić.

Siła umysłu jest przeogromna. Strach zastanawiać się, co by było, gdyby przedstawiciel jakiegoś państwa posiadał taką wyobraźnię. W historii można dopatrzeć się osób (niedo)rozwiniętych umysłowo. Byli tacy, co potrafili użyć jej w chwalebnych celach, jak chociażby Kazimierz Wielki, którego szalona wyobraźnia zamieniała drewno w mur, lecz i tacy, jak Hitler, którego przeklęte wizje zniszczyły wielu ludzi. Morał z tego taki, że ci, którzy są u władzy powinni mniej marzyć, a więcej robić, pozostawiając bujanie w obłokach osobom kompetentnym. Myśli zostaną grzecznie przelane na papier, nie krzywdząc przy tym nikogo.

Piotr Sender

 

 

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *