SZLAM

W Dubrovce mężczyźni podtrzymywali mury chałup. Czasami brali się za coś innego, chcieli udowodnić sobie, że potrafią. Spotykali wtedy na swej drodze nagiego Karła z wielkim brzuchem i łysą czaszką. Jego kręgosłup wystawał niczym rybie ości w wyschniętej sadzawce. Z początku próbowali go nie zauważać i robić swoje, ale było to trudne. Chyłkiem spoglądali na niego, jak się uśmiecha i ręką zaprasza do siebie. Kręcili głowami, mamrotali pod nosem przekleństwa, przecierali pot z czoła i poprawiali uchwyt na trzonku łopaty. Nie mijała minuta, gdy znowu parzyli na poskręcane ciało Karła i jego śmiesznego chujka dyndającego między nogami. Uśmiechali się, odrzucali narzędzia i podchodzili do niego. Karzeł wyciągał wódkę i kieliszki nie wiadomo skąd. Po czwartej kolejce mężczyźni zapominali o pracy, wiedzieli, że znowu będą podtrzymywać mury. Śmiali się, że nie chcą, aby domy się im obaliły.

W kącikach ich oczu zbierały się łzy.

We wsi pulchne kobiety bez biustonoszy wywieszały pranie i rozmawiały przez krzywy płot bez wielu desek, za to z wieloma przejściami dla wychudzonych kotów. Później zaganiały kury z drogi na posesję i często wymieniały się z sąsiadkami zawieruszonymi ptakami. Kobiety mówiły dużo o pogodzie, że dawno nie widziały słońca, dzieci źle rosną bez niego. Zastanawiały się, czy nadszedł już czas, aby zaśpiewać. Wieczorem zamiast niosek zaganiały do domów mężów odciągniętych od murów, przy których przesiadywali w wesołych grupkach. Mężczyźni gubili zmechacone czapki po drodze. Znajdywali je nad ranem w warstwie piachu i kurzu, nigdzie nie odleciały, ciężkie od zebranego przez lata potu.

Staszek spóźnił się jak zwykle, pod okiem miał nowego siniaka.

­– Gdzie byłeś? – zapytał chłodno ojciec ledwo wystając zza stołu. Przypominał małe dziecko posadzone przy dorosłych. Łyżka w jego dłoni była jak wiosło.

­– Na bagnach.

– Mówiłem, że masz tam nie chodzić i wracać przed zmrokiem. Podejdź.

Chłopak podrapał się po włosach w nieładzie, wyjął z nich jakieś śmieci i rzucił na ziemię. Wykonał polecenie, wolał to zrobić. Dostał raz w twarz pięścią niczym kamień graniczny. Pociemniało mu w oczach.

– Idź sobie – rzucił ojciec i wrócił do mieszania łyżką w talerzu.

Zupa miała kolor brunatny i była bez smaku.

Marzena obserwowała wszystko znad paleniska, do jej tłustego ciała przywierała szara spódnica i koszulka, pod którą malowały się ogromne sutki. Przynajmniej stary syna próbuje wychowywać, pomyślała. Chociaż tyle z niego pożytku.

Woda w garnku zaczęła wrzeć, przypadkiem w środku gotowały się robaki.

Staszek poszedł do pokoju, skromnej , zagraconej izby przedzielonej starą szafą na pół. W jednej części pomieszczenia stały trzy łóżka, w drugiej tylko jedno za to większe. Na posłaniach leżała młodsza siostra, jej uśmiech miał szczerbate zęby. Obok niej w kącie siedział rudy brat, zakała rodziny. Starał się, a wszyscy równie starali się go kochać.

Nikomu nic nie wychodziło.

– Biłeś się – zauważył chłopak.

– Nie twoja sprawa.

– I dostałeś od ojca – dodała dziewczynka.

– Zaraz ty dostaniesz ode mnie! – Staszek szybko podszedł do siostry, przeskakiwał porozrzucane zabawki, jakby wcale nie miał zamiaru się zatrzymać.

Pisnęła, jednak szybko zamilkła, przestraszona, że zrobiła to zbyt głośno. Z wnętrza domu poniósł się pomruk ojca. Rudzielec zachichotał i wskoczył na swoje łóżko.  Staszek uniósł rękę, rana na jego twarzy zapiekła. Zmienił zdanie i podrapał się za uchem. Usiadł na swoim posłaniu.

W tej części pomieszczenia panował pół mrok, jedna naftowa lampa paliła się po drugiej stronie. Na szafie w ciemności siedział kot. Miał tylko jedno, błyszczące ślepię. Przypatrywał się dzieciom zachłannie, jego ogon miarowym ruchem wahadła kołysał się na boki. Czekał aż zasną, żebym wyłupać im oczy. Nagle w pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. Matka stanęła między ścianą a szafą, zasłaniając światło.

– Do łóżek, spać! – sapnęła.

Weszła do środka, rozdeptując samochodzik sklejony z różnych części, i przykryła każde dziecko grubą kołdrą. Kiedyś całowała je w czoła, teraz nie mogła się schylić. Już wychodziła, gdy kątem oka dostrzegła przyczajone zwierzę na szafie. Grubym łapskiem złapała kocura za skórę. Prychnął. Wyrzuciła go za okno. Zasłoniła za sobą dziurawą kotarę, prowizoryczne drzwi w mroku przypominały wzbijające się w przeciągu duchy, z ich oczu i ust wydobywało się światło.

Staszek miał łóżko naprzeciwko wyjścia i koło jedynego okna z tej strony pokoju, za którym zapadła już ciemność. Na niebie nie widział gwiazd od dawna. Smugi światła z sąsiedniej połowy izby padały wprost na jego oczy. Nie mógł spać, przez dziury w kotarze widział łóżko rodziców, drugie okno, krzesło i widły stojące za nim. Myślał o Tomku i jego szalonych pomysłach. Jutro mieli iść nad rzekę, podobno chodzą tam starsze siostry od Trześniaków.

Stary wszedł do pokoju, zataczał się. Za nim wystawała matka, korygowała jego trasę, ciągnąc za poły koszuli. Rozebrała go, chociaż chciał spać jak stał.

– Śmierdzisz. Od tygodnia tego nie zmieniałeś – powiedziała Marzena, stłumiony głos dochodził do uszu Staszek.

Ciało ojca przypominało ogryzek jabłka. Kiedyś mogło być piękne, teraz albo czegoś brakowało, albo było stanowczo za dużo. Skóra zeschła na jego kościach. Matka również się rozebrała. Była potężna, znacznie solidniejsza niż jej mąż. Rubensowskie kształty zalśniły w płomieniu lampy, piersi wylewały się na okrąglutki brzuch.

– Kładź się – powiedziała.

– Nie wiem czy… – jęknął.

– Kładź się.

Ułożył się na posłaniu na wznak. Pochyliła się nad nim, szepnęła coś do ucha. Włosy na jego ciele zjeżyły się, twarz poczerwieniała. Był gotowy. Dosiadła go, podnosiła biodra w górę i w dół. Jęczała, on w ciszy i przerażeniu trzymał się kurczowo ram skrzypiącego łóżka. Staszek zastanawiał się, czy rodzeństwo już śpi, czy może też słucha tych dźwięków, na które on miał jeszcze obraz.

Nagle coś w nocy za domem mruknęło. Niski i głośny ryk. To burza, pomyślał Staszek. Gruba kobieta zatrzymała się, spojrzała w okno.

– Są już… – szepną ojciec, jego wzrok błądził po ścianach.

– Ja się tym zajmę.

Kobieta wstała, ubrała się i wyszła z pokoju. Twarz ojca skrywała cienie. Obawiał się czegoś, ale wóda we krwi powodowała senność. Penis we wzwodzie przeszkadzał mu ułożyć się wygodnie na łóżku. W końcu mężczyzna zasnął dręczony pijackimi koszmarami.

W mroku nocy poniósł się kolejny pomruk, a po nim kobiecy śpiew.

 […]

Obrazy autorstwa Wasilija Shulzhenko.

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *