2

Pokolenie Kiczu – felieton.

Felieton z #2 numeru Dozy.

 

Ostatnio pisałem o wyobraźni, chociaż znajdą się i tacy, co powiedzą, że paplałem o sobie. Zresztą – niech im będzie. Mnie też powinniście poznać. W końcu czytacie czasopismo, którego jedną z pierwszych stron przyozdabia moja twarz. Powinienem nie tylko pogadać o niżej podpisanym, ale również o całej redakcji, bo to ważne; kto i dlaczego. Póki co, dam wam spokój, aczkolwiek obiecuję, że kiedyś taki tekst się pojawi… Może krótkie notki, zdjęcia? Nie będziecie chcieli, to ominiecie strony, bo nikt przecież zmuszać nie będzie.

A może walniemy cały numer o nas? Dodamy „słit” focie, dużo różu, trochę krwi, pobrudzonych ketchupem żyletek, pit bulla? Tematy w numerze będą oscylować wokół jędrnych tyłków, sławnych gwiazd (względnie ich tyłków), opowiadań o krwiożerczych biseksualnych motylach, felietonów o soczyście zielonych żabach i może uda nam się przeprowadzić „symulację filozoficzną” traktującą o stunogich ludziach i dwunożnych stonogach (bez sensu). Tandeta? Chłam? Nie, moi drodzy i moi tani, myślę, że prawdziwego kiczu żeście jeszcze na oczy nie widzieli, chociaż nas otacza i jest nawet o wiele gorszy niż ogrodowe krasnale.

Dobra, od początku. Powinniście zdefiniować sobie, czym jest kicz. Leniwy wygoogluje, mądry wymyśli, sprytny spojrzy na Jolę Zciwotur. Ja nie zrobię żadnej z tych rzeczy. Męczcie się.

Mogę natomiast udowodnić, że chłam jest wszędzie. Czuję, że wam jakoś miny zrzedły. Nie chcecie? Że niby to jak znaleźć igłę w domu krawca? A co powiecie na kicz, za którym wszyscy idą? Bubel, który wszyscy lubią? Nie ma? A jest.

Tandetę można podzielić na dwa rodzaje. Pierwszy śmieszy, degustuje i wkurza. Jest niczym pomnik wielkiego penisa na miejskim rynku. Drugi charakteryzuje się przemyśleniem, cwaniactwem i wpasowuje się naraz w różnorodne gusta. Na początku napiszę coś na temat pierwszego.

Spróbuję nie rzucać nazwiskami, chociaż cisną mi się na usta. W ogóle to ja tego nie rozumiem, tej głupiej „cenzury”. Niby dzięki wolności słowa mogę powiedzieć, że aktor Kowalski to głupek, nicpoń i niedojda, bo grać nie potrafi, a wczoraj widziałem, jak jedną pannę bezwstydnie na dyskotece na stole sami-wiecie-co, a z drugiej strony g…. mogę, chyba że chcę się z Kowalskim w sądzie spotkać.

A nawet nie chcę na niego patrzeć.

Uważam, że istnieją takie trzy zawody, którym przedstawicielom nie powinno być dane sądzić się o zniesławienie czy obrazę. Polityk, artysta (do tego „worka” wrzucę wszystkich muzyków, pisarzy, aktorów i im podobnych) oraz sportowiec. Trudno ­– zachciało się takiego życia, trzeba wrzucić na luz, kiedy usłyszy się, że piłkarz to pierdoła, a muzyk nadaje się do tarcia chrzanu, nie gry na gitarze. Należy im się spokój? Proszę bardzo; niech zostaną kierowcami autobusu. Chociaż i to może nie jest dobry zawód, jeśli o spokój chodzi. Sprzątaczka? Parasz się graniem, śpiewaniem, udawaniem, pisaniem, kłamaniem, to się przygotuj na „ryzyko zawodowe”. Każda profesja niesie ze sobą jakieś.

Krzysztof K., pseudopolityk z wiejskimi poglądami, kandydował na prezydenta miasta Białegostoku, podbił serwis YouTube, gdzie swoje przemówienia wyborcze wygłaszał w babcinym sweterku. (Do wiadomości wszelkich prawników: właśnie opisałem postać fikcyjną. Jeżeli ktoś znalazł w tym podobieństwo do własnej osoby, osoby z rodziny, znajomego, to przepraszam – niecelowe). Do wiadomości tych, co nie uwierzyli w poprzedni nawias: autor felietonu uśmiecha się.

Świat mój się załamał, gdy zobaczyłem gościa w TV. Stary, głupi dziad, z którego ktoś sobie zrobił pośmiewisko. W Internecie odtworzono filmik z nim sześć milionów razy. Ludzie to lubią, a co najgorsze – tolerują. Przecież nawet głosowano na niego w wyborach! Jak to możliwe, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach wrzucił kartkę zakreśloną krzyżykiem przy jego nazwisku?

Kitsch przyciąga.

Wiem, że to jest gadanie o gustach i guścikach, a każdy ma swój, jak tyłek. Ale, Boże kochany, to tak, jakby położyć na talerz kupę i dać komuś do jedzenia. Ilu osobom zasmakuje? Pewnie znajdzie się ten jeden szaleniec, który wciągnie wszystko i jeszcze się obliże. Jeden na milion. No i teraz niech mi ktoś powie, co jest takiego w tym wszystkim, że wam, nam (ta, nam… komu jak komu) się podoba?

Ostatnimi czasy nawet literatura staje się szmirą. Rynek wydawniczy dziwi mnie w każdym aspekcie. Odkąd tworzę czasopismo, realia redaktora stały mi się bliższe. Niekoniecznie jestem zadowolony z prawdy, która mi się objawiła. Do tej pory żyłem w przeświadczeniu, że dobrych autorów po prostu się wydaje, niedobrych nie. Niestety, nie jest czarno-biało. Jest kolorowo.

Dostaję opowiadanie od pisarza, pana X. Zaznaczam – pisarza. Podniecam się. Młode czasopismo, bez renomy i marki, a tutaj takie nazwisko. Samo z siebie, bez namowy i zabiegania o nie. Czytam i świat staje mi dęba…

Tekst ma kilka stron, z czego osiemdziesiąt procent to pitu–pitu o głupotach. Redagując, zostawiłbym dwie strony jako marną literacką miniaturę. Biorę głęboki oddech i sprawdzam, czy nazwisko mi się aby nie pomyliło. Googluję i okazuje się, że nie. Autor ma na koncie kilka powieści, zbiory opowiadań, publikuje tu i ówdzie. Pomyślałem, że to koniec świata, Armagedon jest bliski, wydawcy oszaleli, już więcej czytać nie powinienem.

Jak się okazało, to nie było najgorsze. Ten pisarz przynajmniej znał język polski.

Pierwszy numer Dozy traktował w dużej mierze o pisaniu, wydawaniu, tworzeniu. Ludzie przysyłali felietony na te tematy, a redakcja wybierała najlepsze. Dostaję tekst od pisarza, pana Y. Otwieram plik i oczy zaczynają mi łzawić, ręce opadać. Nawet jednego zdania nie zrozumiałem.

Znowu sprawdzam nazwisko – kilka powieści. To się nazywa wydawniczy kicz. Nie wiem, co autor musiał zrobić, żeby ktoś go wydał. Na miejscu wydawcy, nawet, gdyby zapłacił krocie, nie zgodziłbym się na taki druk. Trzeba być fair wobec czytelników, wydawców i prawdziwych pisarzy. Czemu na okładce widnieje nazwisko pana Y, a nie korektorki Zosi i redaktora Wieśka? To oni napisali od nowa powieść, to oni ją dniami i nocami poprawiali. Jak czuje się Prawdziwy Pisarz, którego powieści (wymemłane, wypocone) muszą konkurować na półce z jakimś bublem stworzonym przez nieudolnego pisarzynę?

Wiadomo, że książka jest nie tylko dziełem pisarza. Jest to owoc pracy wielu osób, ale jakieś złote proporcje powinny być zachowane. Nie kiczowate, złote.

To samo tyczy się tematów książek i języka, którym są pisane. Tyle, że tutaj chciałbym uściślić – w tym wypadku to złe nie jest. Właśnie w tym miejscy pojawia nam się drugi rodzaj kiczu trafiającego w gusta. Wydawnicza tandeta jest okropna, ale dokładnie przemyślana przez autorów i wydawców. Wiecie, co teraz najbardziej opłaca się publikować i wydawać (oprócz, rzecz jasna, wampirów)? Powieści o homoseksualistach, romantyczne obyczaje w stylu Grocholi i niezrozumiałe językowo masłowskopodobne.

W kiczowate trendy wpasował się ostatnio Michał Witkowski. Jego książki są poprawnie napisane, sprzedają się, a jednocześnie z każdej strony zioną tandetą, którą ludzie lubią. Tutaj autor wykazał się sprytem i trafił w gusta ludu. Czy właśnie odważyłem się powiedzieć, czym jest książka dobra, a czym zła?

Oczywiście, że nie.

Stwierdzam tylko, jak wygląda kicz. Margot – przesadnie wulgarny język, zboczone, wręcz perwersyjne sceny i głupiutka, prześmiewcza fabuła tworzą z niej w Polsce bestseller. Bohaterką książki jest kierowca tira, właściwie „kierownica” – Margot. Kobieta z jajami, tymi przysłowiowymi rzecz jasna. Jeśli macie w samochodzie CB radio i kiedykolwiek staliście w kilometrowym korku, to doskonale wiecie, jakim językiem napisana jest książka. Drugi główny bohater – Waldek – to wieśniak, który staje się gwiazdą show-biznesu. Waldi Mandarynka rozmemłał całą książkę. Jego historia jest nudna, sztampowa i mogłoby jej w ogóle nie być. O ile akcja książki opowiadająca losy dziewczyny z tira jest szybka i ciekawa, o tyle druga cześć powieści wlecze się straszliwie. Pomiędzy przeplata się jeszcze wątek sparaliżowanej Asi, która nawracała tirowców przez CB radio, aż w końcu cudownie wstała z wózka inwalidzkiego i zaczęła chodzić. Pomysł okej, ale po co dziesięć stron ostrej orgii, po co tyle wulgaryzmu? Wiecie, co by zostało, gdyby wyciąć brzydkie słowa, goliznę, seks i tego nudnego bohatera?

Tytuł.

Jednak Margot „stanęła” na wysokości zadania. Ludzie ją kupują i to nie tylko w Polsce. Kicz i basta.

Powinienem wspominać o muzyce? Aktorstwie? Modzie? A naprawdę muszę o tym wspominać?

 

Piotr Sender

 

 

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *