Recenzja z portalu bookznami.pl

Kto z Was, będąc dziec­kiem, marzył, żeby zostać poli­cjan­tem lub stra­ża­kiem? Albo lekarką czy aktorką? Na pewno wielu. Zapewne każdy widział kie­dyś sie­bie w jakimś wyma­rzo­nym i szla­chet­nym zawo­dzie, i choć tako­wych można by wymie­nić sporo, to myślę, że próżno szu­kać osób, które chcia­łyby w przy­szło­ści zostać Dre­sem – i to takim przez duże „D”. Mar­kowe ciu­chy, dres obo­wiąz­kowo z trzema paskami, wysłu­żony samo­chód z basami w bagaż­niku, ogo­lona na łyso czaszka, dziew­czyna ocie­ka­jąca sek­sa­pi­lem, w mie­rzo­nym w kilo­gra­mach maki­jażu i co tydzień rekre­acyjny wypad na mia­sto w celach konsumpcyjno-​​awanturniczych. Żyć nie umie­rać w kra­inie bro­wa­rem i mio­dem pły­ną­cej. Bo na dobrą sprawę co my o tych ludziach wiemy? Może jed­nak warto zostać dresem?

Postać, którą w real­nym świe­cie, spa­ce­ru­jąc nocą po ciem­nym parku, omija się sze­ro­kim łukiem, a także jej „barwny” i prze­sy­cony zapa­chem piwa, seksu i papie­ro­sów świat, naj­wi­docz­niej są tema­tami tak intry­gu­ją­cymi, że po raz kolejny poświę­cono im książkę (po Woj­nie polsko-​​ruskiej pod flagą biało-​​czerwoną Doroty Masłow­skiej). Książkę, czyli medium, o któ­rego ist­nie­niu zapewne nie­wielu dre­sów ma poję­cie. Dziwne jest więc to połą­cze­nie, ale jak to czę­sto bywa, to wła­śnie meza­lianse są najciekawsze.

Bóg nosi dres Pio­tra Sen­dera to dwie histo­rie, które łączy główny boha­ter. Boha­ter ano­ni­mowy, bo nie pozna­jemy jego imie­nia. Można by rzec: dres uni­wer­salny. Jeden z milio­nów — każdy z nich i żaden z nich, lecz mimo wszystko posia­da­jący wła­sną histo­rię. Pozna­jemy jego bie­żące pro­blemy natury egzy­sten­cjal­nej (tak, tak! – nawet dre­sowi trzeba cza­sem zadać pyta­nie: „masz jakiś pro­blem?”), zatargi z mafią, nie­to­le­ran­cyjne spo­łe­czeń­stwo, poli­cja, a także…. kolejny egza­min na uczelni (tak! – nasz boha­ter stu­diuje!). Z dru­giej strony, w retro­spek­cjach uak­tyw­nia­nych przez kon­kretne zda­rze­nia, pozna­jemy jego dzie­ciń­stwo, które być może miało wpływ na to, kim nasz boha­ter jest dzi­siaj. Pege­erow­ska rze­czy­wi­stość, dom rodzinny uto­piony w wódce, brak per­spek­tyw, zaścian­ko­wość i moral­ność prze­ja­wia­jąca się jedy­nie jako hasło w ency­klo­pe­dii soł­tysa i ple­bana (któ­rzy też za koł­nierz nie wyle­wają). Ale też spo­tka­nie Boga (bo jak się oka­zuje, suge­ro­wa­nie w tytule, że Bóg ma coś wspól­nego z dre­sami nie jest tylko zabie­giem mar­ke­tin­go­wym) i (choć może to tylko moja inter­pre­ta­cja) spoj­rze­nie na to, czym jest wiara i jak ewo­lu­uje w czło­wieku. Wresz­cie spoj­rze­nie na to,  czym są war­to­ści i zasady. I czy zawsze postę­po­wać dobrze i tak, jak Bóg przy­ka­zał, to robić to, czego uczymy się całe życie? Czy robiąc coś złego można mimo wszystko być dobrym czło­wie­kiem? Dwa różné światy, ale skła­da­jące się na jedną osobowość.

Pozna­jemy jego bie­żące pro­blemy natury egzy­sten­cjal­nej, bo nawet dre­sowi trzeba cza­sem zadać pyta­nie: “masz jakiś problem?”

W prze­cho­dze­niu mię­dzy dwiema wspo­mnia­nymi płasz­czy­znami cza­so­wymi autor zasto­so­wał spe­cy­ficzną metodę. Nie ma żadnych ostrze­żeń, nie ma oddziel­nych aka­pi­tów, roz­dzia­łów, wyróż­nień tek­stu. Nie wiemy, w któ­rym momen­cie autor prze­nie­sie nas i swo­jego boha­tera w prze­szłość. Kiedy pierw­sze zda­nie opi­suje teraź­niej­szość, kolejne może już przed­sta­wiać zda­rze­nia minione. Wpro­wa­dzało to z początku małe zamie­sza­nie, bo oglą­da­jąc retro­spek­cje w kinie na ekra­nie poja­wia się przy­naj­mniej napis „X lat wcze­śniej”, ekran robi się szary lub dra­stycz­nie zmie­nia się oto­cze­nie. Tutaj nic. Może i w zamy­śle autora jest to fak­tycz­nie spo­sób naj­bar­dziej zgodny z rze­czy­wi­sto­ścią, bo odzwier­cie­dla­jący natu­ralny spo­sób, w jaki myślimy – myślę o jed­nym, a w ułamku sekundy mogę myśleć o czymś kom­plet­nie innym – bez ostrze­żeń — ale dla czy­tel­nika, który po raz pierw­szy taki zabieg na sobie testuje, może to być nieco kło­po­tliwe. Choć mnie takie roz­wią­za­nie osta­tecz­nie prze­ko­nało. Jeśli będzie to zabieg, który autor wyko­rzy­sta w swo­ich przy­szłych pra­cach, to jestem jak naj­bar­dziej za.

Książkę czy­tało mi się bar­dzo dobrze. Jest sporo dyna­miki, spe­cy­ficz­nego „cięż­kiego” klimatu, a i prze­my­cane ustami naszego boha­tera mądro­ści filo­zo­ficzne (!) nie pozwolą się nam i naszemu umy­słowi nudzić.  Może nie­któ­rych razić mocny język, ale zaka­zana gęba na okładce oraz dosadny język na okładce powinny zawczasu ostrzec poten­cjal­nego czy­tel­nika, że kwie­ci­stej pol­sz­czy­zny po tej pozy­cji spo­dzie­wać się nie powi­nien. Trzeba tu pochwa­lić autora, za warsz­tat – atmos­ferę tego spe­cy­ficz­nego środo­wi­ska oddał bar­dzo dobrze, nie popa­da­jąc jed­no­cze­śnie w skraj­ność. Wul­ga­ry­zmy są, ale jako środek i narzę­dzie w rękach pisa­rza, a nie spo­sób na tanie szo­ko­wa­nie czy ukry­wa­nie braku pomy­słów.  Czy­ta­łem już kilka współ­cze­snych powie­ści, o któ­rych można powie­dzieć, że pro­fe­sor Mio­dek by ich do druku nie puścił, a autora posta­wił przed sąd za oka­le­cza­nie języka pol­skiego, ale sądzę że powieść Sen­dera spo­koj­nie by się na sali sądo­wej wybro­niła. Bo ponoć dobra lite­ra­tura broni się sama.

 Choć może zabrzmi to jak bluź­nier­stwo, bo książka jest dla mnie bar­dzo dobra, to para­do­skal­nie jedy­nym, czego mi w tej powie­ści zabra­kło, to sensu. Chyba jest to w grun­cie rze­czy istotny aspekt każ­dej pozy­cji lite­rac­kiej – ale co ja tam wiem? Po skoń­czo­nej lek­tu­rze nie potra­fię opo­wie­dzieć sobie na pyta­nie: „jakie jest prze­sła­nie, główna myśl, w imię jakiej idei autor udał się na swoją lite­racką kru­cjatę?”. Zakoń­cze­nie książki nie­stety na te pyta­nia nie udziela odpo­wie­dzi. Choć może odpo­wiedź daje — ale może podob­nie jak u Masłow­skiej jest ona tak mocno abs­trak­cyjna i w moim odczu­ciu kom­plet­nie ode­rwana od reszty bar­dzo przy­zwo­icie napi­sa­nej książki, że tylko autor jeden raczy to wie­dzieć. W jed­nym z wywia­dów, zapy­tany o swoją książkę, stwier­dził, że nie udzieli odpo­wie­dzi na pyta­nie o jej prze­sła­nie, bo inter­pre­ta­cję pozo­sta­wia czy­tel­ni­kom. Zabieg bar­dzo pomy­słowy, bo po co narzu­cać czy­tel­ni­kowi odgór­nie sens opo­wie­ści – niech sam ją odkryje, znaj­dzie taki, jaki mu naj­bar­dziej pasuje. Idea szla­chetna, ale w tym wypadku pro­szę o pod­po­wiedź, bo sensu się głęb­szego nie doszu­ka­łem. Ewen­tu­al­nie następ­nym razem, kiedy jakiś jego­mość w pasko­wa­nym ubranku będzie mną wycie­rał chod­nik, zabie­rze mi tele­fon i pie­nią­dze, pomy­ślę sobie, że on „(…) też czło­wiek, ma potrzeby, przy­ja­ciół, prze­szłość” i w grun­cie rze­czy na pewno jest bar­dzo miłym osob­ni­kiem, któ­remu w życiu się nie powio­dło. Ale to chyba jed­nak nie to.

Książka jest jak naj­bar­dziej godna pole­ce­nia i moim zda­niem jak na tak mło­dego autora (rocz­nik 1990), to bar­dzo dobry debiut. Jeśli kto lubi powie­ści oby­cza­jowe osa­dzone w naszym pol­skim pie­kiełku i jest otwarty na „świeżą krew”, to powi­nien po tę pozy­cję się­gnąć. Przy­zwo­icie wydana (cóż, tylko pro­jek­tant okładki się nie popi­sał, bo pomy­sło­wo­ścią to ona nie grze­szy – a wręcz jest odpy­cha­jąca), przy­zwo­icie napi­sana i dostępna za przy­zwo­itą cenę. Ja co prawda swo­jego zda­nia o tej sub­kul­tu­rze nie zmie­nię, ale na pewno czasu spę­dzo­nego nad książką nie żałuję. Bo nawet od dresa można się cze­goś nauczyć.

LINK

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *