Bóg nosi dres

Front_Bóg-nosi-dres_RGB_72dpi

KUP KSIĄŻKĘ

premiera: 2011, III kwartał
ISBN: 978-83-76741-28-4
EAN: 9788376741284
rok wydania: 2011
nr wydania: 1
oprawa: miękka + skrzydełka
il. stron: 292
wymiar: 130/200

Dres też człowiek. Ma potrzeby, przyjaciół, przeszłość i – przede wszystkim – problemy. Głównie cudze. Pozostaje sobą, nawet w butach do garnituru.

Przystaję na chodniku i wyciągam szluga. Poprawiam na piersi srebrny łańcuch, wyjmując go spod koszulki, żeby był lepiej widoczny. Poprawiam dres w kroku, bo uwiera mnie w jaja. Napinam się, kark prostuję, podpalam papierosa i idę przed siebie. Wokół mnie stoją bloki. Są wielkie i brzydkie. Szare, pomalowane nieudolnym graffiti i szczeniackimi podpisami. Czuję się, jakbym trafił do filmu „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”. Ktoś mnie pieprznął laserem i stałem się maciupkim człowieczkiem, który teraz lawiruje między klockami lego. Bo to właśnie takie przeogromne kloce rozciągają się przede mną. Patrzę na jedną wyblakłą ścianę, z której odpada tynk. „Jebać Arkę, jebać!” – głosi dumny, niebieski napis. Obok niego, mniejszymi literkami dopisane: „Darek to chuj, ma jaja jak zbój!” i jeszcze wyznanie miłości: „Love krowe, kocham byka, ale wyjdę za indyka”. Tandeta goni tandetę. Rozglądam się, lecz nikogo nie widzę. Chłopaki pewnie w kanciapie.
– fragment tekstu

Zapraszamy na przesyconą smakiem piwa i zapachem papierosów podróż w głąb studenckiego Gdańska… i nie tylko. Mocny język, nieszablonowa narracja splatająca w jedno teraźniejszość i problemy przeszłości, przewijające się w tle ikony polskiej kultury oraz popkultury gwarantują świetną, choć może nieco kontrowersyjną rozrywkę.

Fragment książki:

Zderzak

Jestem bezdomny. Czasami, idąc zatłoczonymi ulicami, mam ochotę usiąść pod kościołem i wyciągnąć do przechodniów rękę. Innym razem pragnę zawinąć się w karton i zasnąć na dworcowej ławce. Poczuć drewniane deski wbijające się w plecy i zimno przeszywające ciało. Chciałbym śmierdzieć. Zarosnąć tak, że spod gęstej brody i długich włosów wystawałyby mi tylko przepite oczy i perkaty, czerwony nos. Ucieszyłbym się, widząc długie paznokcie, spod których brud sypie się przy każdym gwałtownym ruchu. Takie dłonie są potrzebne do wygrzebywania z ziemi zmaltretowanych niedopałków. A wszy…
Jezu, jak ja chciałbym mieć wszy. Niestety, w zamian za to mam mieszkanie. Piękne, urządzone na bogato, w nowoczesnym stylu. Mam też psa, rasowego kundla. Myję się każdego dnia, chodzę w czystych, wyprasowanych ubraniach, kocham się cztery razy w tygodniu i codziennie mam się do kogo przytulić. Moja dziewczyna jest wspaniała.
Jest jak lalka Barbie, która potrafi gotować, mówić i ruszać tyłkiem.
Oddałbym wszystko za dom.
–    Dom to nie miejsce, lecz stan… – słyszę Nosowską śpiewającą z trzeszczących głośników golfa.
Wyłączam radio i ten ruch mnie gubi. W ostatniej chwili kątem oka widzę, że coś stoi na drodze. Wduszam gwałtownie hamulec. Szyby dudnią, opony piszczą i rozlega się huk jak przy wystrzale.
Gaszę silnik, rzucam okiem we wsteczne lusterko – pusto.
Znowu kogoś, kurwa, przejechałem.
Wszystko przez to, że za dużo myślę o głupotach i rozczulam się nad sobą. Powinienem z tym skończyć.
Spoglądam przed siebie, próbując dojrzeć, co leży przed maską. Niestety, z tej perspektywy niczego nie widzę. Pięknie, myślę, nie ma to jak dobrze zacząć pierwszy dzień powrotu do normalności. Po prostu pięknie.
Odpinam pasy i wychodzę z samochodu. Wita mnie wilgotny podmuch wiatru, który łopocze moim dresem. Biorę haust powietrza, przygotowując się na najgorsze, po czym szybko skaczę przed maskę.
–    Jezu, kurwa, mój samochód! – podnoszę dłonie zaciśnięte w pieści, jakbym chciał komuś wtłuc.
Po chwili dziwię się sam sobie. Przecież to tylko golf – zwykły, ukochany pojazd. Natomiast zwłoki ogromnego psa leżące przede mną powinny robić wrażenie. Asfalt jest śliski od krwi. Robię krok i ledwo utrzymuję równowagę.
Miałem kiedyś podobnego zwierzaka. Piękna, wielka suka z rodziny bernardynowatych, która nosiła mnie i moich braci na grzbiecie w czasach, kiedy sam więcej chodziłem na czworaka niż na dwóch nogach. Bawiliśmy się z nią całymi godzinami, notorycznie ciągnąc za futro, szczypiąc i gryząc. Nigdy nic nam nie zrobiła. Pamiętam, że bardzo ją lubiłem. Zastanawiam się, czy nie kochałem jej bardziej niż własnej mamy.
Tak – wtedy jeszcze „mamy”, lecz z biegiem lat i z kolejnymi wypitymi butelkami spirytusu zamieniała się w „matkę”, „starą”, a wreszcie „Danutę”.
Nie mogę powiedzieć, że w domu się nie przelewało. Taniej wódki zawsze starczało dla wszystkich. Lała się strumieniami. Sąsiedzi nazywali nasz dom wodospadem Niagara, a ja nie wiedziałem dlaczego. Z początku cieszyło mnie to – zostaliśmy w jakiś sposób wyróżnieni, lecz w wieku szkolnym zmieniłem zdanie; zrozumiałem. Posmutniałem, przycichłem, bałem się spojrzeć rówieśnikom
w oczy.
Ojciec mniej pił, więcej bił i nie potrafił okazywać uczuć. Czasami mam wrażenie, że to wszystko przez niego. Wolę myśleć, że zapyziały Mirek spotkał Dankę i żyło się im źle, niż że picie połączyło ich jak obrączki. Nie wyobrażam sobie, że w dzień ślubu rzucili niedbałe: „w trzeźwości i nietrzeźwości”, po czym zadowoleni ze swojego towarzystwa poszli w weselne tango.
Któregoś dnia Sonia, nasz pies, nie wróciła z nocnych harców. Czekałem cały dzień na drewnianym tarasie i ze smutkiem wpatrywałem się w dal. Mijały godziny, a nadzieja malała, znikając w końcu jak słońce za horyzontem. Moi starsi bracia nie przeżywali tego tak mocno. Z początku się denerwowali, ale szybko przywykli do straty.
Ja nie jadłem przez trzy dni. Apetyt wracał powoli, jakby wcale nie chciał. Mieliśmy wiele wspólnego; on nie chciał wrócić, ja żyć, a działo się zupełnie inaczej.
Dni uciekały, ojciec z matką opróżniali butelki, bracia bili się z kolegami, a ja siedziałem w pokoju i malowałem. Na żółtych kartkach pojawiały się koślawe psy. Małe, duże, w łatki i jednolite. Jeden rysunek przypadł mi najbardziej do gustu; przedstawiał brązowego bernardyna z kilkunastoma małymi szczeniakami.
Tworzyłem dziennie kilka prac i obklejałem nimi ściany. Początkowo wszystkim się podobało, nawet ojciec pochylał się nad moją głową i wyraźnie czułem alkoholowy wyziew, kiedy mówił:
–    Ładne. Nie martw się. Znajdę ci nowego.
Wszystko było w porządku, dopóki w euforii przygnębienia nie oblepiłem całego pokoju. Przeniosłem się wtedy na korytarz, do kuchni i łazienki. Wszędzie były koślawe czworonogi i podobno tego było już za wiele.
–    Kurwa mać! Ile tego gówna żeś nabazgrolił? – krzyczała matka, zrywając rysunki z lodówki.
Odbijała się później od ściany do ściany i niezgrabnymi ruchami próbowała zdzierać kartki. Marnie jej to szło.
Jak całe życie.
Jedyne, do czego przykładali się rodzice, nie licząc picia, to religia. Ciągali nas i siebie nawzajem do kościoła, pilnowali, byśmy chodzili na katechezę i przyjmowali komunię. Chyba bali się księdza. Nieraz słyszałem, jak siwy kaznodzieja podczas kolędy krzyczy na nich, mówiąc coś o braku wychowania, o złych warunkach życia i o nas. Wtedy chciałem, aby dał im spokój, bo zawsze, gdy wychodził, pili dwa razy więcej i czasami nie wstawali z łóżka przez kilka dni. Sikali pod siebie, rzygali po kątach i ślinili całą podłogę. Wrzeszczeli i próbowali bić nas za byle głupstwa, lecz byli zbyt pijani, żeby w ogóle nas gonić. Baliśmy się, że za ucieczkę dostaniemy mocniej, lecz kolejnego dnia już o niczym nie pamiętali.
Zacząłem modlić się o Sonię. Chciałem tego cholernego psa z całych dziecięcych sił. Nie była to fanaberia malucha ciągnącego matkę za rękę. Uwiesiłem się na ramieniu Boga i obiecałem sobie, że nie puszczę, choćby się wyrywał.
Nawet nie drgnął. Wisiałem tak przez miesiąc, aż wreszcie przyszedł.
Jezu, myślę, muszę coś z tym zrobić. Spoglądam na rozjechane zwierzę i nadal nie wiem, co bardziej mnie przeraża – rozbebeszony pies czy zmiażdżony zderzak. Słyszę zbliżające się samochody. Niedługo tu będą, a ja, zwłoki i golf tarasujemy ulicę. Jeszcze pomyślą, że strajk robię.
Głupia myśl. Jaki, kurwa, strajk? „Zabijcie wszystkie psy, bo przynoszą pchły”? Zwierzęta są po to, żeby je jeść!
Schylam się, kości mi trzeszczą i coś łupnęło w stawie. Jestem młody i stary jednocześnie. Wszystko przez siedzący tryb życia. Łapię za to, co zostało z psa, i ciągnę na pobocze. Zostawiam krwawy ślad na asfalcie, jakbym przejechał po nim wielkim pędzlem. Włochatym, skundlonym pędzlem. To wszystko przez niego. Dobrze mu tak.
Siedziałem w pokoju i odrabiałem lekcje. Lekko znudzony, jak to dzieciak, patrzyłem za okno. Takich dni się nie zapomina. Pamiętam, że głośno ćwierkały ptaki, niebo było prawie bezchmurne, a stara Kowalczykowa rozwieszała białe pranie na podwórku. Kusiło mnie, żeby wyjść z domu i pobawić się z kolegami, lecz już wtedy matematyka była dla mnie priorytetem. Zostałem więc i szlifowałem tabliczkę mnożenia. Gdy tylko oderwałem wzrok od wolności po drugiej stronie szyby, usłyszałem szczeknięcie. Właściwie szczeko-ryk, który podniósł mnie do pionu i oblał ciało potem; nawet oczy zaczęły się pocić. Znowu wyjrzałem przez okno i zobaczyłem siwobrodego starca o dumnej posturze, w białym fraku, który na smyczy trzymał Sonię. Pies merdał wesoło ogonem na widok domu. Był nieco grubszy, a jego sierść lśniła jak nigdy. Chyba ktoś go wykąpał.
Podekscytowany zbiegłem na dół przywitać Boga.
–    To twój pies? – zapytał, gdy stanąłem przed Nim zapłakany.
Pokiwałem głową.
–    Proszę – podał mi smycz.
Wyciągnąłem powoli rękę i zacisnąłem na skórzanym pasie zdrętwiałe z przejęcia palce.
–    Pilnuj ich – rzucił i odszedł wolnym krokiem w stronę wsi.
Nie odezwałem się ani słowem. Stałem i odprowadzałem Boga wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem. Dopiero wtedy rzuciłem się na psinę i przywarłem do niej mocno.
Wróciłem do domu z uśmiechem na ustach. Teraz uważam, że tylko dzieci potrafią się prawdziwie cieszyć. Chyba już nigdy nic innego w moim życiu nie rozweseliło mnie tak bardzo. Pamiętam, że chciałem pokazać psa rodzicom, ale stwierdziłem, że przecież i tak nie pamiętają o jego zniknięciu. Budzili się każdego dnia, machinalnie wrzucali resztki jedzenia do miski, gwizdali na niego, po czym sięgali po wyborową. Nawet kiedy rankiem pytali: „gdzie jezd Shoonia?”, a ja im odpowiadałem, że psa nie ma od tygodni, to i tak budzili się z tabula rasa zamiast mózgu.
Nic nie pamiętali.
–    Z… z…, z kim rozmawiałeś? – wyjąkała matka, kiedy przekroczyłem próg domu.
Stała oparta o ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi. Kołysała się lekko na boki.
–    Z Bogiem – wykrztusiłem i chciałem pobiec do swojego pokoju.
Niestety, w przejściu stanął ojciec i wraz ze swoim czerwonym nosem zagrodził mi drogę.
–    Gdzieś był z tym kundlem? – zapytał, a ja się zdziwiłem, dlaczego tak wyraźnie to zabrzmiało.
–    Nigdzie, ja…
–    Kurwa, przecież ona będzie się szczenić! – przerwał mi ojciec, waląc pięścią w ścianę.
Uśmiechnąłem się, bo lubiłem psy. Szczególnie te małe, ślepe i piszczące, wiecznie poszukujące cycka do ssania. Do dzisiaj trochę im zazdrościłem, ponieważ ja w ich wieku zamiast mleka z matczynej piersi ciągnąłem drinka. Nagle mina mi zrzedła. Spojrzałem na ojca, który łypał na Sonię, i zobaczyłem w jego oczach coś niedobrego. Przyciągnąłem zwierzę do siebie i zacisnąłem piąstki.
–    Na górę – rozkazał krótko i uderzył mnie otwartą dłonią w potylicę.
Wbiegłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Dyszałem ciężko, a zadowolony pies merdał wesoło ogonem. Nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Bałem się i nie wiedziałem, jak przekonać Sonię, żeby też się bała. Przecież powinna się bać, jeśli chce być na wszystko przygotowana. Próbowałem coś mówić, trochę straszyć i płakać, ale nie dała się przekonać. Natomiast ja wreszcie uległem jej dobremu humorowi i zacząłem się bawić, biegając za nią po całym pokoju. Nie mogłem się doczekać, aż powiem braciom, że wróciła. Niestety, musiałem wytrzymać z tą dobrą nowiną do następnego dnia, gdyż rodzeństwo poszło spać do znajomych mieszkających po drugiej stronie wioski. Nie mogłem aż tak daleko sam się zapuszczać.
Spędziłem z Sonią cały dzień. Na początku w domu, później wymknęliśmy się po cichu na dwór i tam skakaliśmy po zarośniętym ogrodzie. Zwierzę, z wiadomych względów, ruszało się trochę opornie. W końcu zmęczeni legliśmy na tarasie. Przykryliśmy się kocem, który robił za kojec dla psa, i zasnęliśmy. Przynajmniej ja, za Sonię nie mogę ręczyć.
Obudził mnie przeraźliwy skowyt. Dzień chylił się ku końcowi. Nadal leżałem na niewygodnych deskach, a komary stwierdziły, że zrobią sobie ze mnie ucztę. Wstałem i machnąłem rękami, odpędzając krwiopijców. Owady latały wokół mojej głowy, zataczając się w powietrzu, i mogłem przysiąc, że wcześniej nażarły się krwi starych, a teraz odtańcowują pijackie tango. Kolejny pisk podziałał na mnie otrzeźwiająco.
Rozejrzałem się dookoła i nie znalazłem Soni. Wystraszony wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu psa. Wtedy usłyszałem rozpaczliwy jazgot. Później nastała cisza. Płakałem, wołałem i gwizdałem na zmianę. Miotałem się jak opętany od ulicy do domu, tam i z powrotem. Pomyślałem, że może jest za domem i pognałem tam.
Była. Leżała na środku trawnika niedaleko drewutni. Merdała ogonem, trochę słabo, jakby jej sił zabrakło. Zbliżałem się powoli, nie potrafiąc złapać tchu. Zapadający zmierzch rzucał cienie i przez chwilę niczego nie mogłem dostrzec, w dodatku trawnik otuliła delikatna mgła, typowa dla tej pory roku. W końcu zobaczyłem krew. Wszystko wokół było czerwone i lepkie. Ciche i nieruchome. Kłęby sierści podrygiwały lekko na wietrze, a merdający ogon okazał się tylko zwykłym źdźbłem trawy. Strzępy futra rozrzucone zostały w promieniu dwóch metrów od ciała – bordowej mazi, w której jedyne, co mogłem rozpoznać, to uszy.
Czasami nadal mam to uczucie. Bezradność pomieszana z żalem i wściekłością. No ale co można zrobić, jak Bóg da ci szansę, a ty ją spierdolisz? Są dwa wyjścia: albo będziesz pluć sobie w brodę, albo podniesiesz czoło i wyjdziesz naprzeciw kolejnej srace, jaką gotuje ci życie. Wtedy podniosłem głowę, chociaż ledwo wiedziałem, że ją mam. Z biegiem lat okazało się, iż człowiek jest silniejszy, będąc dzieckiem, niż gdy staje się dorosły.
Rozejrzałem się i zobaczyłem śpiącego na ganku ojca, wokół którego było pełno krwi, a ślady wgniecionej trawy prowadziły od psa do niego. Nie wiem, jak mogłem go nie usłyszeć, ponieważ chrapał tak, jakby miał za chwilę umrzeć. Zbliżyłem się i spostrzegłem, że trzyma na kolanach zakrwawioną siekierę. Zastanawiałem się, co Sonia mu zrobiła i dlaczego tak ją ukarał. Przecież my zawsze byliśmy gorsi od tego psa, a nam jeszcze nigdy nie wymierzył takiej srogiej kary. Bardzo chciałem, żeby ta głupia przegroda nosowa w końcu pękła i żeby się udusił, żeby więcej nie chrapał.
Otarłem rękawem mokre oczy i wróciłem do leżących na środku trawnika zwłok. Ojciec budził się, mówił coś i zasypiał, ale ja go nie słuchałem: po prostu kopałem grób. W końcu – brudny i zmęczony – pochowałem psa pod lipą.
Dobra, chyba już nikt nie jedzie. Nareszcie mogę wyjść z tego rowu, spokojnie wsiąść do samochodu i odjechać. Przecież nikt nie musi wiedzieć, co się stało. No bo co się stało? Odlać się byłem i tyle.
Nienawidzę psów.
Wstaję więc z kolan i idę pod górkę, na tyle wysoką, żebym się zasapał. Kiedy jestem już w golfie i przekręcam kluczyk, myślę, że bardzo dobrze, iż miałem zapięte pasy.
Ja miałem, pies nie.
Jadę spokojnie na uczelnię, a z głośników dochodzą zachrypnięte głosy wykonawców Nagłego Ataku Spawacza:
–    Słońce, plaża, kolorowe drinki!…

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • StumbleUpon
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Yahoo! Buzz
  • Twitter
  • Google Bookmarks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *